Tak, jak obiecywałam, nadrabiam stylizacyjne zaległości Świąteczno - Sylwestrowe. Na pierwszy ogień idzie mała czarna, w której witałam Nowy Rok. Chyba jeszcze nigdy nie miałam tak prostej, a jednocześnie tak zjawiskowej kiecki. Materiał, z jakiego jest wykonana spowodował u moich psiapsiółek wytrzeszcz oczu połączony z niekontrolowanymi okrzykami w stylu "och" i "ach" (tyle, że wyrażonymi za pomocą bardziej poetyckich, rdzennie polskich przymiotników) ;-) Następnie miało miejsce pospolite ruszenie w moim kierunku. Cel? Pomacanie sukienki, gdyż z daleka łudząco przypomina skórę zdjętą z obślizłego gada, do tego obsypanego czymś brokatopodobnym.
Te wszystkie pozytywne i jakże radosne akcenty nijak nie wpłynęły na dalszy bieg wydarzeń. Otóż mój utyty po Świętach brzuch, po zjedzeniu sylwestrowego dania gorącego oraz kilku ciężkostrawnych przystawek, postanowił uwypuklić się jeszcze bardziej. A jako, że gadzina zaczęła mnie dusić i ni cholery nie chciała się wprost proporcjonalnie do brzucha rozciągać, po północy została rzucona w kąt i na jej miejsce pojawiła się równie mała i równie czarna, jednakże lepiej adoptująca się do sytuacji kreacja.
A jako, że piękniejszej zimy niż ta, która nadeszła do mojego miasta wczoraj i utrzymywała się również dziś, wymarzyć sobie nie można, zrobiłam dla Was kolejne fotki. Taką zimę uwielbiam: mnóstwo białego śniegu, mróz do -10 stopni i mocno grzejące słońce! Wprawdzie mróz szczypie w nos, ale jak pięknie można wchodzić w zakręty na ręcznym. Ale o tym już w kolejnym poście... ;-) Pozdrawiam!
sukienka/dress - Mohito
naszyjnik/necklace - ILOKO
zegarek/watch - River Island