Wiecie, kiedy człowiek docenia rzeczy, które ma na co dzień pod dostatkiem? Kiedy je straci. I tak oto - mocno jak nigdy przedtem - doceniłam chleb. Na dodatek czerstwy :p W ramach postanowienia wielkopostnego, przez 40 dni nie miałam go w ustach. No dobra... nie tylko post był pretekstem. Mój mąż jest na diecie i nie chciałam być świnią, delektującą się smakiem ciepłego chleba lub świeżutkiej, chrupiącej bułeczki, podczas gdy on ni okruszka dziobnąć sobie nie mógł.
Ale nadszedł niedzielny wielkanocny poranek. Jak wiadomo święconkę z koszyczka zjeść trzeba. Moje jęki rozkoszy sąsiedzi mogli odebrać nieco dwuznacznie :p Tak, jak tego dnia, chleb nie smakował mi nigdy przedtem. Nic, że był nieświeży. Nic, że czerstwy. Że twardy. Posmarowany masełkiem był największym rarytasem w te święta. Rozpływałam się nad jedną kromką dobrych kilka minut.
Po raz kolejny w życiu zrozumiałam, że należy doceniać najmniejsze i najbardziej oczywiste rzeczy. Trzeba szukać pozytywów nawet w sytuacjach, które wydają się beznadziejne. Próbować dostrzec dobre strony czegoś, co w danej chwili nie idzie po naszej myśli. Puentą niech będą słowa, które idealnie pasują mi do podsumowania tego wpisu.
"Nie narzekaj, że masz bałagan po imprezie, bo to oznacza, że masz przyjaciół". "Nie narzekaj, że ubranie które założyłeś zrobiło się za ciasne, bo to oznacza, że masz co jeść". "Nie narzekaj, że okna są brudne i musisz je umyć, bo to znaczy, że masz dom".
COAT: MEDICINE | BLOUSE: H&M | JEANS: PULL&BEAR | SHOES: BERSHKA | BAG: ZARA