
Rok temu mniej więcej o tej porze pisałam Wam TAK. I mimo upływu czasu, mój pogląd na ten temat nie zmienił się ani na jotę. Do zeszłorocznych wypocin dodałabym jedynie opinię dotyczącą zostawiania sobie zakupu prezentu na ostatnią chwilę.
Dziś nieopatrznie wybrałam się do Tesco. Nieopatrznie, gdyż... Po pierwsze zapomniało mi się, że 6 grudnia (tak samo z resztą jak każdy inny dzień w jakikolwiek sposób świąteczny) jest dniem zakupowego szału. Po drugie, Tesco jest niemalże moim sklepem osiedlowym, do którego mogłam się wybrać w każdy inny dzień, o każdej innej porze. Ki diabeł mnie podkusił?! Nie wiem. Ale (o zgrozo!)... stało się.
Po parkingu błąkałam się dobre 10 minut w poszukiwaniu wolnego miejsca. Kiedy już na samym końcu dojrzałam "światełko w tunelu", pomyślałam, że połowa sukcesu za mną. Teraz tylko szybkie zakupy i do domu. O jakże omylną istotą jest człowiek!!! Droga z samochodu do sklepu wyglądała następująco: dwa kroki wprzód, jeden w tył, dwa kroki w przód, jeden w tył. Nie! Nie byłam pijana! To wiatr urządził sobie ze mną taką mikołajkową zabawę.
Dotarłam. Z ciekawości rzuciłam okiem w kierunku działu z zabawkami. W porównaniu do tego, co się tam działo, wiatr był za przeproszeniem "pierdnięciem"...
bluza/blouse - Reserved
spódnica/skirt - H&M
płaszcz/coat - House
torebka/bag - Cropp/House (nie pamiętam :p)
botki/boots - Stradivarius
komin/tube scarf - no name (sh)