Pobyt w Sopocie zakończony, a ja wykończona. Wracam do Was z gorączką, katarem oraz małą garstką miłych i niemiłych wspomnień. Letnia stolica Polski po części mnie rozczarowała. Zawiodły lokale i ich menu, zawiódł Monciak, krzywy domek i Dom Zdrojowy. Dwa ostatnie okazały się być galeriami handlowymi (choć to i tak za dużo powiedziane).
Deptak nie wyróżniał się niczym szczególnym - teraz jeszcze bardziej doceniam nasz (jakże piękny) lubelski! Stosunek wyboru dań do niebotycznych cen w kartach menu miał się nijak. A i smak pozostawiał wiele do życzenia. No i pogoda. Bardziej pechowo nie dało się trafić. Burze i zimny wiatr na przemian z palącym słońcem. I tak w kółko - co kilka godzin.
Molo oraz Opera Leśna są piękne i nieprzereklamowane. W obydwu miejscach panuje niezapomniany klimat. Mini występ na sopockiej scenie mam już za sobą. Około ośmioosobowa publiczność prosiła nawet o bis :) Góralskie przyśpiewki sprawdzają się niemal w każdej sytuacji ;)
I na koniec łupy zakupowe (pokażę niebawem na blogu). Niezwykle podobne do tych, które w swojej ofercie ma znany sklep internetowy Mosquito. Nawet pytałam sprzedawczyni czy mają z nimi coś wspólnego. Okazuje się jednak, że towar sprowadzają prosto od producenta z Włoch. Swoją drogą ciekawe kto od kogo zżyna :p
Zostawiam Was z miksem zdjęć, a już w niedzielę postaram się wrzucić jedną z sopockich stylizacji :)
