04 kwietnia 2014

KWIECIEŃ PLECIEŃ... | CHOIES WAISTCOAT




Dopadło mnie. Złapało za gardło, wbiło ostre szpony i trzyma z całej siły. Atakuje średnio dwa razy w roku. Objawia się chwilowym zdenerwowaniem, zadawaniem w kółko tych samych pytań, zwątpieniem w siebie i w społeczeństwo, rozmyślaniem połączonym z tępym gapieniem się w sufit, podłogę, ścianę tudzież siną dal. Blogerska depresja. Czyli, że o sens prowadzenia bloga się rozchodzi. No bo wiecie... jak już kiedyś mówiłam... lepiej mieć garstkę szczerych obserwatorów niż tłumy tych, co to wejdą, o obserwację poproszą i później szukaj wiatru w polu. Ale!!! Co jeśli ta garstka nie okazuje ostatnio żadnych emocji? Nie pisze, nie klika na Facebooku, pogawędek nie urządza, konwersacji żadnej nie nawiązuje? Przesilenie wiosenne mam nadzieję jest to.


Blog jest nie tylko dla mnie, ale również, a może nawet przede wszystkim dla Was. Jasne - mam z tego radochę, mogę sobie popisać, co mi na sercu leży i cieszyć się, jeśli komuś się to podoba. Mogę wymyślać kolejne zestawy, które będą mniej lub bardziej udane i inspirujące. Ale... jeśli nie mam odzewu ze strony "widowni", to sorry, ale zdolności wróżbiarskich nie posiadam. A i jasnowidztwo jest mi obce. Więc czasem po prostu zastanawiam się po co, dlaczego i dla kogo poświęcam średnio jakieś 3-4 godziny dziennie? No bo jakby tak dobrze policzyć... blog, Facebook, Instagram, wybór zdjęć, obróbka, pisanie tekstów, publikowanie na 5 różnych portalach, maile, wiadomości, komentarze... to wszystko zajmuje naprawdę mnóstwo czasu.

Cala ta dzisiejsza gadka, to takie moje głośne myślenie (boję się, czy oby nie ZA głośne). Może rzucić to w diabły i nie marnować czasu, skoro społeczeństwo nie ma kilku sekund na klikniecie w link czy napisanie paru słów. Ale nie... za bardzo to lubię. Może w takim razie przestać pisać? Zostawiać suche zdjęcia, zlikwidować możliwość dodawania komentarzy, skoro nie ma chętnych do wchodzenia ze mną w dialog. To tez odpada, bo ja naiwna jestem i zawsze liczę, że znajdzie się choć jedna chętna osoba :) Poza tym zaczęłoby to zakrawać o album ze zdjęciami, które wklejam dla samej siebie, chowam do szuflady i nie ma z nich krzty pożytku. Bez sensu.

Jak to mówią, co dwie głowy to nie jedna, w kupie raźniej, w jedności siła i takie tam ;-) Wiec nie bądźcie tacy pasywni drodzy moi. Stukajcie do mnie częściej na klawiaturze. Bo jeśli wiem, że tu jesteście, moja "robota" ma większy sens. Im większy sens, tym bardziej mi się chce. Im bardziej mi się chce, tym więcej jestem w stanie z siebie dać. Im więcej dam z siebie, tym ładniej to wychodzi. Im ładniej to wychodzi, tym więcej Was tu jest. A im więcej Was tu jest, tym większy to ma sens... i wracamy do początku ;-)

I nie wiem czy ktoś tam na górze trzyma na tym wszystkim łapę, ale za każdym razem, kiedy mam dość i tracę wiarę w samą siebie oraz w ludzi, dzieje się coś tak miłego, że znów mam energię i chęć do działania. Tym optymistycznym akcentem żegnam wiosenną blogową depresję. Mam nadzieję, że nie pozwolicie jej zbyt szybko wrócić ;-) Do następnego!









kamizelka/waistcoat - Choies (KLIK)
dżinsy/jeans - Stradivarius
buty/shoes - H&M
torebka/bag - Rosewholesale (KLIK)
bluzka/sweatshirt - no name (sh)
naszyjnik/necklace - ILOKO


I na koniec ciekawostka. Przestudiowałam metkę w kamizelce, coby dowiedzieć się, jak ją prać. 
I co znalazłam? Kamizelka jest... taram, taram, taram... z ZARY :D Taki psikus :p